Błąd
  • JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/users/gryfice/public_html/gryfice.eu/images/rowerzysci
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/rowerzysci


Gmina Gryfice

Gmina Gryfice

Gmina Gryfice

*
Polish English French German Italian Russian 
Dzisiaj jest:25 czerwca 2017 roku  |  Imieniny obchodzą: Dorota, Łucja, Wilhelm
A+ A A-

RELACJA Z WIZYTY GRYFOWSKIEGO TOWARZYSTWA CYKLISTYCZNEGO W GRYFICACH /07-12.07.2013/

Pod koniec maja, gdy do wakacji pozostawało coraz mniej dni, postanowiliśmy zorganizować sobie wypoczynek na rowerach. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, żeby odwiedzić miasto partnerskie Gryfowa Śląskiego – Gryfice.

          Nie jesteśmy zawodowcami, żeby forsować trasę z Pogórza Izerskiego aż za Szczecin własnymi siłami na rowerach. Naradziliśmy się, żeby jechać samochodami, zabierając do nich bagaże i rowery. Przedstawiliśmy nasze plany burmistrzowi Gryfowa, panu Olgierdowi Poniźnikowi, który skontaktował się z jego gryfickim odpowiednikiem, panem Andrzejem Szczygłem. Włodarz Gryfic poprosił o przenocowanie nas w hali sportowej przy Szkole Podstawowej nr 4 pana dyrektora - Jerzego Kołodziejczyka. Po zgodzie tych trzech osób było jasne, że zrealizujemy nasze wakacyjne plany.

            Siódmego lipca po godzinie siódmej rano zebraliśmy się na gryfowskim rynku - zapakowaliśmy rowery i upchnęliśmy ostatnie torby podróżne do bagażników. Wsiedliśmy do trzech samochodów w ostatecznym składzie: Łucja i Jan Wysopalowie, Irena i Stanisław Siedleccy, Wanda Oryszczak, Włodzimierz Lipka, Kazimierz Luchowski oraz ja (Paweł Zatoński). Początkowo obraliśmy kierunek na Görlitz, żeby wbić się na niemieckie autostrady i szybciej, wygodniej, niż stroną polską dojechać nad morze. Za oknem samochodu było upalnie i słonecznie, a bez klimatyzacji jazda jest uciążliwa, dlatego non stop otwieraliśmy okna i odliczaliśmy godziny do przyjazdu. Po godzinie 13:40 dojechaliśmy do Gryfic. Wyszedł do nas pan dyrektor, który pokazał nam miejsce zakwaterowania i udostępnił nam wszystko, co się tylko dało, by umilić nam pobyt w hali, która jednak była mocno nagrzana przez słońce, więc pochowaliśmy się w pomieszczeniach położonych  nieco niżej. Po rozpakowaniu się i schowaniu rowerów wyruszyliśmy do centrum miasta na spacer.

            Ósmego lipca, w poniedziałek budziliśmy się od godziny piątej do ósmej. Zjedliśmy wspólnie śniadanie i zaczynaliśmy się przygotowywać do pierwszej wycieczki, gdy nagle odwiedziła nas pani Marika, pracowniczka urzędu miasta, z którą, jak się później dowiedziałem, korespondowałem w sprawie naszego przyjazdu do Gryfic. Po krótkiej rozmowie zobowiązała się poinformować władze miasta o naszym przybyciu, a my radzi, że wieść o rowerzystach z Gryfowa w Gryficach dotarła do urzędu naszego miasta partnerskiego, spokojnie mogliśmy dokończyć przygotowania do wyprawy. Zgodnie orzekliśmy, że bez dużej ilości kremu przeciw działaniu promieni UV nie wyjedziemy, po solidnym nasmarowaniu się wyszliśmy na zewnątrz. Na dworze gorąco, lekki wiatr, prawie bezchmurne niebo – grzech nie jechać w stronę morza !

              Wyruszyliśmy z Gryfic o godzinie dziesiątej, początkowo drogą rowerową wzdłuż ruchliwej szosy do Przybiernówka. Następnie drogami polnymi, przeplatanymi „kocimi łbami” przez Grądy, Modlinowo do Cerkwicy, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć tutejszy kościółek i studnię św. Ottona. Studnia znajduje się w jednym z miejsc symbolicznego, tzw. zbiorowego chrztu ludności Pomorza Zachodniego, przeprowadzonego przez biskupa Ottona z Bambergu.  Malowniczo położona miejscowość oraz wspaniały krajobraz od razu przypadły nam do gustu. Następnie obejrzeliśmy gotycką świątynię, gdzie spotkaliśmy jej kapłana. Ksiądz opowiedział nam, że ma „pod sobą” kilkanaście miejscowości, a mimo to brakuje pomocników do prowadzenia liturgii, że wierzących coraz mniej, ludzie nie mają pracy, a życie toczy się bardzo powoli. Od razu muszę wspomnieć, że region ten naszpikowany jest dawnymi „PGR-ami”, które teraz szpecą krajobraz, a mieszkańcom nie dają miejsc pracy.    W trakcie rozmowy z księdzem podszedł do nas „tutejszy” i myślał początkowo, że jesteśmy „zza Odry”, tłumaczył nam dalszą drogę w stronę morza, po czym spytał: „Kumasz po polsku” ? Z trudem usiłowaliśmy przestać się śmiać…Ruszyliśmy do Gocławic, następnie do Karnic, gdzie zrobiliśmy postój na uzupełnienie zapasów. Przez malutkie Ninikowo oraz Śliwin dotarliśmy do Rewala. Skręciliśmy w pierwszą lepszą drogę i prawie na wyścigi dotarliśmy na nadmorski deptak, jeszcze jeden zakręt i naszym oczom ukazał się jeden z głównych celów naszej podróży – Bałtyk ! Usatysfakcjonowani, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na tle naszego morza. Brzeg był jednak zbyt stromy, byśmy mogli zejść z rowerami na plażę, dlatego udaliśmy się nieco dalej. Ustawiliśmy rowery przy ścieżce na plażę tak, żebyśmy mogli je obserwować, a sami zeszliśmy po kilku głazach na plażę,     z radością stopami dotykając piasku i morskiej wody. Rozłożyliśmy się pod zejściem na plażę i mieliśmy kilka godzin dla siebie – jedni się opalali, drudzy kąpali w morzu, a inni odbyli spacer jego brzegiem. Niektórzy plażowicze byli nieco zdziwieni naszym „innym” wyglądem i ciasnymi „strojami kąpielowymi”, jakimi wydawały się koszulki kolarskie. Po tym dłuższym odpoczynku odwiedziliśmy jeden z wielu punktów gastronomicznych z „domową kuchnią”. Każdy wziął zestaw obiadowy (ziemniaki, schabowy i surówka) i z takim paliwem ruszyliśmy w dalszą drogę przez Trzęsacz, Pustkowo i lasem do Pobierowa – „drugiego Gryfowa”, jednak nie mogliśmy znaleźć samochodów z rejestracją DLW. Odbiliśmy tutaj od morza w kierunku Gostynia, Gostyńca i Stuchowa, gdzie skręciliśmy na szosę w kierunku Gryfic, mijając po drodze Dobrzyń, Wilczkowo, Zaleszczyce i Borzyszewo, do których dojechaliśmy około godziny 19:15. Na miejscu zaopatrzyliśmy się już na następny dzień. Na licznikach rowerowych mieliśmy tego dnia 75 km.

              We wtorek, dziewiątego lipca postanowiliśmy wyruszyć wcześniej – o godzinie 9:00. Mieliśmy do pokonania około 80 km, ale jak się później okazało – wyszło troszkę więcej… W promieniach słońca wyjechaliśmy na szosę prowadzącą do Trzebiatowa. Ruch był dość spory, ale asfalt gładki, więc mimo wszystko udało nam się bezpiecznie i szybko dojechać do wspomnianego miasta o godzinie 10:30. Do godziny 11:15 mieliśmy czas na zwiedzanie starego miasta. Zobaczyliśmy pięknie odrestaurowany budynek urzędu miasta oraz kamienice. Udaliśmy się również do Archidiecezjalnego Sanktuarium Maryjnego Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny – wspaniałej gotyckiej budowli sakralnej, z wysoką na 90 metrów wieżą kościelną, na której wiszą cenne pod względem historycznym dzwony – najstarszy z 1399 roku !

               Z Trzebiatowa wyjechaliśmy bocznymi drogami do Mrzeżyna, przez Gorzysław i Roby. Miejscowość niezbyt zadbana, jednak piaszczysta i czysta plaża wynagrodziła nam to. Ulokowaliśmy się na końcu całej masy parawanów i ręczników, oparliśmy rowery o siatkę i rozlokowaliśmy na plaży. Tego dnia prawie każdy wskoczył do Bałtyku – chłodny wiatr sprawił, że w wodzie czuliśmy się cieplej, niż na lądzie, ale z czasem siłą rzeczy zmarzliśmy lekko w wodzie i sprintem wskoczyliśmy w ręczniki na plaży. Po kilku godzinach spakowaliśmy się i wyjechaliśmy przez las na szosę do Rogowa i Dźwirzyna. Łańcuchy jednak były oblepione piachem i głośno zgrzytały podczas jazdy, jednak w miarę upływu czasu piasek odpadał. Jakiś czas pędziliśmy ścieżką rowerową wzdłuż brzegu Jeziora Reska Przymorskiego – ten spory akwen zrobił na nas niemałe wrażenie. „Betonówką” jechaliśmy przez mokradła i bagna, przy której co jakiś czas stały tablicę informujące o tutejszej faunie i florze. Przez Karcino, Sarbię, Gołańcz Pomorską (2 km „betonówką” – jedzie się jak po torach) dotarliśmy do Dargosławia, gdzie Janek Wysopal „złapał gumę” w przednim kole. Po kilkunastu minutach naprawy jechaliśmy dalej. Miejscowość Brojce i wyjeżdżamy na szosę do Gryfic, gdzie jazda po równym terenie i gładkim asfalcie przy małym ruchu samochodów była czystą przyjemnością, a  przy okazji podziwialiśmy malowniczy zachód słońca. Około 20:50 dojechaliśmy do Gryfic, gdzie zrobiliśmy zakupy na następny dzień – gdy wychodziliśmy ze sklepu spotkaliśmy aktora Pawła Burczyka, znanego m.in. jako „Luksus”   z „13. posterunku”, który jednocześnie jest zięciem naszego burmistrza, pana Poniźnika. Pomachał nam i kawałek przez miasto pojechał za nami samochodem. Po dotarciu do szkoły byliśmy nieźle zmęczeni – na liczniku aż 96 km ! Pani Łucja, która jechała z nami pierwszy raz, od razu pobiła swój rowerowy rekord - sama nie mogła w to uwierzyć, gdy zobaczyła, że przejechała po raz pierwszy prawie 100 km, bez żadnego przygotowania, mając do dyspozycji zaledwie kilka przełożeń i miejski rower „na zakupy” – zażartowała, że może jeszcze dobić do „setki”. Jak widać, pozornie ogromny dystans nie jest taki straszny i każdy może spróbować przygody w naszej grupie.

               Dziesiątego lipca, w środę pogoda uległa zmianie – chmury na niebie, czasem kropił deszcz, chłodniej o kilka stopni, dlatego postanowiliśmy wybrać się na krótszą wycieczkę, biorąc pod uwagę fakt, iż tego dnia urodziny obchodził Włodek, któremu rano zrobiliśmy skromne rowerowe przyjęcie. Z Gryfic wyruszyliśmy w stronę Łopianowa, gdzie trochę zbłądziliśmy, na końcu wsi Staszek pojechał na rekonesans za wzgórze, przez pola, ale wrócił z informacją, że musimy się jednak wracać i wtedy zaczęło kropić, więc skryliśmy się we wsi w nowym domku biesiadnym w „centrum”. Po kilkunastu minutach pojechaliśmy dalej, kierowani przez mieszkańców wioski na Kocierz. Ochłodziło się jeszcze bardziej i byliśmy zmuszeni założyć kurtki. Przed Płotami, które były naszym głównym celem tego dnia wjechaliśmy na ruchliwą szosę, bez pobocza, ale nie było innej drogi, więc z duszą na ramieniu patrzyliśmy na mijające nas ciężarówki. Bezpiecznie jednak udało nam się dojechać do miasta, gdzie zmoczyło nas troszkę, ale wkrótce pogoda się zmieniła i zza chmur wyjrzało słońce. Zobaczyliśmy pałac/zamek, położony w samym środku miejscowości oraz przylegający do niego park, gdzie wielką przyrodniczą osobliwością okazał się kasztanowiec biały. Rosnące tuż obok budynku drzewo, ma aż 470 cm w obwodzie pnia. Zwisające dawniej konary, dotykając ziemi, ukorzeniły się, dzięki czemu powstał wieniec dziewięciu samodzielnych drzew. Następnie wybraliśmy się do miejscowej cukierni na kawę i ciastko.

           Po naradzeniu się z miejscowymi obraliśmy kurs bocznymi, wiejskimi drogami na Gryfice. Pojechaliśmy m.in. przez Trzygłów i Baszewice, gdzie po raz kolejny widzieliśmy ogromny majątek ziemski, przekształcony na PGR. Przed nami bezkresne pola, płaskie tereny, aleje drzew co jakiś czas, dziurawe i połatane drogi (coś w stylu fragmentu ul. Rzecznej, albo Młyńskiej koło Azbestolitu), wielu bezrobotnych w każdej wsi, jakby stereotypowo - Ukraina. Wreszcie w oddali widzimy Gryfice i trafiamy na szosę, ale postanowiliśmy jechać przez las, gdzie zobaczyliśmy znak ścieżki rowerowej – początkowo zdawało nam się, że ktoś nam zrobił kawał, bo droga biegła w kierunku przeciwnym miastu docelowemu, ale po chwili namysłu skręciliśmy w lewo i mijając kolejne tablice informacyjne dotarliśmy do końca, jak się okazało, leśnej ścieżki rowerowej – dodam, że wszelkie oznakowania w tym terenie to rzadkość, bez GPS-a łatwo się zgubić niestety…Zrobiliśmy zakupy, jak zwykle zaopatrzeniowe i część wróciła do hali, a ja i Kazimierz pojechaliśmy na pierogi do baru w rynku – na liczniku tylko sześć godzin i 55 km tym razem. Po godzinie osiemnastej ja, Janek i Kazik wybraliśmy się jeszcze rowerami, zaproszeni wcześniej, na wystawę zdjęć Gryfic z lat 1900-1945 do Domu Pracy Twórczej w Kamiennej Bramie, gdzie poznaliśmy autora wystawy, miłośnika historii Gryfic – pana Jerzego Grycmachera, który mógłby nam godzinami opowiadać o powojennych dziejach miasta, jednak ograniczeni czasowo wieczorną urodzinową uroczystością Włodka, musieliśmy wkrótce żegnać się z panem Jerzym. Wieczorem odwiedził nas dyrektor szkoły, pan Kołodziejczyk, z którym porozmawialiśmy cały wieczór – okazał się niezwykle bystrym, inteligentnym nauczycielem matematyki, autorem wielu książek, ale również skromnym i życzliwym człowiekiem. Opowiadał nam      o różnych matematycznych ciekawostkach w taki sposób, że słuchaliśmy go z takim zainteresowaniem, jak pielgrzymi w Watykanie zasłuchani w słowa Papieża.

           W czwartek, jedenastego lipca pogoda zrobiła nam deszczową niespodziankę. Wstaliśmy rano, a za oknem ulewa, nawet słońca nie widać. Postanowiliśmy więc inaczej zaplanować dzień i wybraliśmy się z wizytą do urzędu miasta, co było jednym z naszych głównych celów podczas pobytu w Gryficach. Wrzuciliśmy pocztówki do skrzynki i weszliśmy do budynku urzędu. Z ważnych powodów burmistrz był nieobecny, więc zostaliśmy ciepło przyjęci przez jego zastępcę – pana Waldemara Wawrzyniaka oraz pana Henryka Chmiela z Wydziału Promocji. Po chwili przyszły jeszcze pracownice urzędu i razem radziliśmy o współpracy miast w zakresie turystyki oraz opowiadaliśmy o swoich doświadczeniach związanych z rowerami. Poinformowano nas, że w najbliższym czasie przez Gryfów będą przejeżdżać uczestnicy rowerowego maratonu dookoła Polski, którzy wyruszyli z Rewala, a teraz są w Bieszczadach. Następnie z panią Mariką poszedłem do siedziby klubu rowerowego „Gryfland”,  żeby zaprosić jego członków na wieczór do nas. Zastaliśmy panią Ulę, która po tym, jak oznajmiłem, że w Gryfiach jest ekipa rowerowa z Gryfowa, uśmiechnęła się i powiedziała, że z przyjemnością wpadną do SP4. Wróciliśmy do reszty grupy, która zajrzała do Biblioteki Miejskiej, gdzie miałem przyjemność dokonać pamiątkowego wpisu do księgi gości. Następnie poszliśmy również z panem Henrykiem do galerii/muzeum „Brama”, gdzie obejrzeliśmy izbę historyczną Gryfic, a ja znowu wpisałem nas do księgi pamiątkowej.

          Potem odwiedziliśmy Muzeum Kolei Wąskotorowej, gdzie mieliśmy przyjemność zobaczyć wiele składów i lokomotyw oraz obejrzeć wystawę w małym muzeum…i znowu dokonać pamiątkowego wpisu. Wkrótce rozpadało się i pan Henryk oraz pani Marika uciekli do urzędu, a my, dziękując im serdecznie, poszliśmy na obiad do tego samego baru co wcześniej. Po posiłku jeszcze raz wybraliśmy się do pana Grycmachera dokonać (nomen omen) pamiątkowego wpisu w księdze oraz odznaczyć ją naszymi pieczęciami. Wróciliśmy do hali sportowej na wieczór. Pan Staszek jednak narzekał na oko, jakoby miał gorzej widzieć, więc nie bagatelizując sprawy wraz z żoną i Kazikiem udali się do lekarza. W tym czasie odwiedzili nas: Urszula Zadworna, Jadwiga oraz Dariusz Stalewscy. Ich wizyta była okazją do wymiany doświadczeń rowerowych. Dowiedzieliśmy się, że jeżdżą trochę bardziej profesjonalnie, niż my, gdyż uczestniczą w  maratonach szosowych zaliczanych do Pucharu Polski. Dla nas 100 km to osiągnięcie, dla nich – 250 km to spacerek. Okazali się miłymi, otwartymi ludźmi, którzy udzielili nam wielu praktycznych rad co do naszych rowerów. Powiedzieli nam również o maratonie dookoła Polski, o którym wcześniej zostaliśmy powiadomieni w urzędzie. Wkrótce wrócili nasi ze szpitala – okazało się jednak, że to coś poważniejszego, związanego z siatkówką oka pana Staszka. Pożegnaliśmy przyjaciół z „Gryflandu”, zapraszając ich do Gryfowa na następny rok. Późnym wieczorem siedliśmy razem do stołu i naradziliśmy się, że lepiej niezwłocznie wrócić do domu, gdyż każdy dzień był na wagę złota. Ja, Kazik, Janek, Łucja, Irena i Staszek postanowiliśmy wrócić do Gryfowa następnego dnia (niejako razem powiązani sprzętem rowerowym), a Wanda z Włodkiem zostali jeszcze w Gryficach, gdzie w piątek spotkali się ponownie ze znajomymi z „Gryflandu”. Jedenastego lipca rano zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy ostatnie rzeczy i zaczęliśmy pakować się do samochodów. Obecny w szkole pan dyrektor Kołodziejczyk zdziwił się bardzo naszym odjazdem, jednak po wyjaśnieniu sprawy zrozumiał nas i serdecznie się pożegnaliśmy, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Przez telefon pożegnałem się w naszym imieniu z panią Ulą z „Gryflandu”, również zapraszając wszystkich rowerzystów do Gryfowa. Nie czuliśmy żalu, że odjeżdżamy wcześniej, niż planowo w niedzielę – zwiedziliśmy okolice Gryfic, kąpaliśmy się w Bałtyku i opalaliśmy na plaży oraz spotkaliśmy się „dyplomatycznie” z władzami miasta, więc wszystkie nasze cele były zrealizowane, a zdrowie naszego przyjaciela było w tej chwili dla nas wszystkich najważniejsze - wszak jesteśmy rowerową rodziną J !

         W imieniu wszystkich uczestników wyprawy do Gryfic chciałbym serdecznie podziękować za okazaną pomoc i życzliwość: panu burmistrzowi Gryfowa Śląskiego – Olgierdowi Poniźnikowi, panu burmistrzowi Gryfic – Andrzejowi Szczygłowi, panu zastępcy burmistrza Gryfic – Waldemarowi Wawrzyniakowi, panu dyrektorowi - Jerzemu Kołodziejczykowi, pani Marice Dawidowicz, panu Henrykowi Chmielowi oraz członkom klubu rowerowego „Gryfland”. Gdyby nie te osoby, nie moglibyśmy bezproblemowo wyjechać na rowerowy obóz turystyczny do Gryfic i cieszyć się pobytem w naszym mieście partnerskim.

                              Z rowerowym pozdrowieniem,

Paweł Zatoński

 

{gallery}rowerzysci{/gallery}

© 2014 Gmina Gryfice. Wszelkie prawa zastrzeżone.

*